Featured Slider

Przeprowadzka

Witam serdecznie i dziękuje że jesteś. 
Jestem bardzo miło zaskoczona i przeszczęśliwa bo ostatnimi czasy ruch na blogu zwiększył się z kilku wizyt dziennie do kilkuset. Dziękuje. 
Pragnę poinformować moich czytelników, podglądaczy i znajomych, że jakiś czas temu zdecydowałam się przenieść bloga na własną domenę. 
Dopięłam już prawie wszystkie guziki, blog hula więc dzielę się w Wami dobrą nowiną. 

Ten blogas niedługo przestanie istnieć więc jeśli masz ochotę dalej do mnie wpadać to zapraszam na 

Podczas mojej nieobecności tutaj, powstały 3 nowe posty na które zapraszam : 

Dzięki, pozdrawiam 

"Cud poczęcia" według Joanny / Szwajcaria

Zapraszam Was na kolejny wywiad z cyklu "Cud narodzin" według Polek w Świecie.
Dziś kolej na Joasię ze Szwajcarii.

Odwiedzone przychodnie i szpitale :
przychodnia ginekologicznej pani Jolandy K w St. Gellen / Szwajcaria

JUSTA: SŁÓW KILKA o sobie poproszę.
JOANNA: Od 15 lat mieszkam w Szwajcarii, kraju gór, jezior, serów i zegarków. Ale nie tylko. Szwajcaria, bowiem uchodzi za kraj, który ma bardzo dobrze rozwiniętą opiekę zdrowotną i najlepszych specjalistów. 
Od 6,5 roku jestem mamą dziecka płci żeńskiej o imieniu Sophia.
Ciążę przeszłam spokojnie, traktując ją jako przygodę w moim życiu, przygotowując się do tej następnej- o wiele ważniejszej- bycia matką.


CIĄŻA I PORÓD
JUSTAW jakim kraju/mieście/przychodni prowadziłaś swoją ciąże?
JOANNA: W ciąże zaszłam w Szwajcarii, a prowadziłam ją w mieście St.Gallen, *części niemieckojęzycznej tego kraju, w przychodni ginekologicznej pani Jolandy K.- z pochodzenia Polki. Poleciła mi ją koleżanka, która także do niej chodziła.. Niestety...Niby można było sobie z nią po polsku porozmawiać, ale lekarskich zagadnień używała tylko w języku niemieckim i tak np. nie wiedziała jak jest po polsku szyjka macicy. Dla mnie problemu nie było (mąż jest lekarzem), ale dziewczyny - Polki wybierały ją tylko ze względu na język. Oh, jakie znajomości można było zawrzeć w poczekalni!
Poza tym, owszem, robiło się u niej termin np. na 9.00 ale wchodziło się o 11.00 albo później. Wyobraź sobie teraz, że idziesz na ostatnie KTG lub na pierwszą wizytę po porodzie z  dzidziusiem i musisz 2 godziny siedzieć w poczekalni.
Pani przewidywała na każdą kobietę po 15 min. Ale wiadomo: pierwsza ciąża, no to skąd cholera masz się dowiedzieć co i jak, z telewizji? Wiadomo, że pytasz lekarza! Przecież od tego jest.
W Szwajcarii idąc pierwszy raz do ginekologa (nie ważne, czy masz kasę chorych, czy nie) musisz wziąć ze sobą 300 franków. Wystawiają ci później cały rachunek i w zależności co robiłaś (kompleksowy wywiad o chorobach i wykrycie zagrożenia zmusza do rozszerzonych badań laboratoryjnych) oddają ci część, albo dopłacasz.

 JUSTA: Jak oceniłabyś swoją opiekę prenatalną?
JOANNA: Gdy już się dostałaś do Pani K., robiła ona z tobą wywiad szczegółowy. I tak, wykryła u mnie konflikt serologiczny. Musiałam przejść dodatkowe badania, dostawać zastrzyki i chodzić do niej częściej niż ustawa przewiduje. Teraz już chyba wiesz, dlaczego tak kładę nacisk na to czekanie... Pod względem "technicznym" nie mam nic do zarzucenia.

JUSTA: Czy byłaś/jesteś zadowolona z oferowanych badań, pomocy i ogólnego przebiegu ciąży?
JOANNA: W ciąży pracowałam w restauracji. Przed końcem wieczornej zmiany okazało się, że dostałam jakieś plamienie. Szef zadzwonił do męża, a ten, jeszcze z samochodu do szpitala, gdzie mu powiedzieli, że mamy natychmiast przyjechać. Nie ważne, że była prawie północ (a ja w 7 m-cu). Zajęło się mną chyba z tuzin lekarzy. Krew, KTG (po niemiecku CTG), USG "dowcipne" i zewnętrzne, jeju, czego oni tam ze mną nie wyprawiali. Ale spokojnie i bez nerwów. Nawet panią psycholog mi wysłali.
Pomoc szpitalna- pierwsza klasa! Kantonsspital St.Gallen.
Muszę dodać, że obok porodówki znajduje się szpital dziecięcy. Jakby coś się z noworodkiem działo, od razu ma opiekę.


JUSTA:  Może masz jakieś spostrzeżenia, porady dla kobiet planujących dzidziusia w Twojej okolicy.
JOANNA: 
1.Obecnie mieszkam 15 km od St.Gallen, już w innym kantonie. Mamy muszą dojechać 20 km do Muesterlingen, do innego szpitala. Jeśli wykupujecie sobie nową kasę chorych, zwróćcie uwagę na to, do którego szpitala Was "wrzucą". Jeśli ciąża może być zagrożona (za względu na wiek albo na choroby), wykupcie sobie dodatkowy pakiet, umożliwiający korzystanie z najbliższego szpitala, który może być nawet w Bernie (bo akurat jesteście na wycieczce i coś się zaczyna dziać).
2. Nie chodźcie do lekarzy ze względu na język. Koleżankom, które były w ciąży nie polecałam Pani K. Po porodzie byłam u niej tylko raz. Przeniosłam się do swojej mieściny, do koleżanki, która jest Niemką. Jest delikatna (dziwo u ginekolożek), otwarta na pytania, nie śpieszy się, daje ci czas do namysłu. Jej gabinet jest różowy i ciepło ustrojony, a jak idziesz ze starszą pociechą, tak potrafi ją zająć, że dziecko nie zagląda ci tam, gdzie nie powinno, a ona spokojnie wykonuje badanie.
3. Wybieraj lekarza, który jest dobry, ale do którego nie musisz dojeżdżać nie wiadomo ile. Na stronie każdej przychodni masz opis lekarzy. A tych możesz wygooglować i wynaleźć o nich opinie pacjentów.
4. Nie bój się języka. Rejestrując się w przychodni, powiedz, że potrzebujesz więcej czasu. Możesz iść z koleżanką, która ci przetłumaczy, wziąć ze sobą słownik... Możesz na www przychodni wybrać lekarza (a także położną), który mówi po angielsku, francusku itp.
5. Idź na szkółkę rodzenia. Zapoznasz tam dziewczyny, które są w takiej samej sytuacji i możecie się później wymieniać doświadczeniami. Ponad to w szkółce dowiesz się wszystkiego: jak dbać o siebie i dzidziusia, jak wybrać położną, co cię czeka w szpitalu itp. Wycieczkę po szpitalu też zrobisz - od porodówki, po anestezjologa.

I tutaj to samo: nie obawiaj się, że ze względu na język nie dasz rady. Ja w szkole miałam taki misz-masz narodowościowy, że położna na koniec już sama nie wiedziała w jakim języku mówi. Oczywiście wszyscy się zrozumieli.

Za szkołę rodzenia płaci się teraz chyba 250 franków, z czego 100 oddaje kasa chorych.


WSPOMNIENIE PORODU
JUSTA: Opieka, pomoc, wsparcie – jak je oceniasz?
              Czy uważasz, że zajęli się Wami wystarczająco dobrze?

JOANNA: Od 7 miesiąca wiedziałam, że coś jest nie tak. Maleństwo miało za krótką pępowinę i nie mogło się przewrócić. Musiałam mieć cesarskie cięcie. Strasznie boję się operacji, ale na szczęście miałam jeszcze trochę czasu na przygotowanie psychiczne. W porodzie uczestniczył mąż. Tu nie ma z tym żadnego problemu, nie musisz dodatkowo płacić za osobę towarzyszącą czy za korzystanie z basenu.
O 6 rano musiałam się zameldować w szpitalu. Dostałam własny pokój, co chwilę przychodził ktoś z personelu, by sprawdzić czy wszystko jest ok i pomóc w przygotowaniach do operacji. Przed wjazdem na salę dostałam PDA (znieczulenie) i...dostałam palpitacji serca. Przy cesarce mąż może wejść na salę, gdy już leżysz na stoliku rozpruta do połowy. Mojego wpuścili (ba! sam wpadł, gdy usłyszał te wszystkie pipczące urządzenia!) od razu. Trzymał mnie za rączkę i dopiero wtedy się uspokoiłam, a chirurg mógł zacząć swoją pracę. Nie minęło parę minut, a tu na piersi położyli mi takie małe różowe... A ja zapytałam jak typowa blondi: to moje?
No i oczywiście łzy szczęścia, ulga, że już po wszystkim...
Później badanie, ale nie wiem ile to trwało, obudziłam się bowiem o 13.00 w swoim pokoiku, a maleństwo leżało obok w inkubatorku.
Do pokoju poporodowego przeniesiono mnie o 16.00 i tam dopiero się zaczęło. Przyszły położne, zaczęły wszystko objaśniać (jak wstawać, żeby szwów nie uszkodzić, jak usiąść na kibelku, jak podnosić rzeczy, jak się myć i przebierać..), ale o dziecku nic. Pani powiedziała, że jak przyjdzie czas, to dadzą znać, a na razie mam odpoczywać i się niczym nie martwić


OPIEKA NAD NOWORODKIEM I ŚWIEŻĄ MAMĄ PO PORODZIE
JUSTA: Ile dni po porodzie musieliście zostać w szpitalu?
              Jak wspominasz Wasze pierwsze chwile?
              Czy opieka nad Wami była zadowolająca?
              Jakie badania miało Twoje małe szczęście?
              Jaką ocenę wystawiłabyć personelowi i szpitalowi w którym rodziłaś (w skali od 0 do 10).
              Czy poleciłabyś GO czy raczej nie?

JOANNA: Młodociana upomniała się o jedzenie dopiero następnego dnia. I tu zjawił się zestaw położnych od wyboru do koloru, które nie wiem co miały co roboty... Jedna później zdradziła mi tę tajemnicę...otóż nic piękniejszego, jak pierwsze przystawianie do piersi i ta jedność między mamą, a dzieciątkiem.
Wieczorem dostałam nawał pokarmu i nie mogłam się z bólu ruszyć. Położne (dwie) wpakowały mnie na wózek inwalidzki i pod prysznic...masowały, okładały piersi, próbowały małą dostawiać, ale nie chciała...skończyło się na ściąganiu pokarmu laktatorem, tabletkach i powtórce z rozrywki do 2 w nocy. Na drugi dzień przeszło.
Na wyżywienie szpitalnych gości, nie ma co marudzić. O 7.rano przychodziły położne i zabierały dzieci, by mamy mogły w spokoju zjeść śniadanie. Śniadanie było wspólne, na korytarzu i można było jeść do woli, co dusza zapragnie. Między 8 a 9.00 wizyta lekarza. O 10.00 drugie śniadanie. Od 12.00-14.00 obiad, który wybierało się samemu dzień wcześniej, po obiedzie znowu nas lekarz nawiedzał. O 16.00 podwieczorek, a o 18.00 znowu wspólna kolacja.
W międzyczasie uczono nas jak obchodzić się z maleństwem, jak dbać o siebie, by ułatwić sobie te pierwsze dni w domu. Przychodziła pani z socjalnego i informowała nas jakie mamy prawa względem pracodawców, co nam przysługuje z gminy, z tytułu bycia matką i gdzie mamy się zgłaszać po porady w razie W. Tym, które miały problemy z językiem, organizowano tłumacza, który przychodził co 2 dni, by poinformować, co powiedział lekarz (postępy w rozwoju dziecka, higiena osobista po porodzie, higiena maluszka itp.).
Zorganizowano nam popołudnie rodzinne, na które byli zaproszeni tatusiowie. Wtedy to odbyła się wspólna kąpiel. Pani tłumaczyła jak myć dziecko, kiedy, w czym i czym. Z relacji mojej koleżanki wiem, że teraz się tego nie stosuje. Nie wiem tylko dlaczego...może dlatego, że rodziła w innym szpitalu?
Zosia po porodzie dostała od razu szczepionkę przeciwko żółtaczce, ja 2 dni później przeciwko świńskiej grypie, gdyż panowała wtedy epidemia. Niestety mamy na 2 tygodnie przed porodem już nie wolno na nic szczepić i trzeba poczekać do rozwiązania.
Terminowo powinnam wyjść ze szpitala po tygodniu od operacji, czyli w poniedziałek. Jednak we czwartek w nocy, była chyba pełnia i był "wysyp". Urodziło się 18-cioro dzieci, a szpital zmienił się w jednego wielkiego wrzeszczącego potwora. W Piątek po południu, wzięłam wózek z małą i przeniosłam się do piwnicy, do sal treningowych, gdzie schronienie znalazły jeszcze dwie mamy z cichutkimi dziećmi. (Tu kłania się szkoła rodzenia, podczas której zwiedzałyśmy szpital). Mogłyśmy w końcu w spokoju trochę pospać. Wieczorem przyjechał mąż i gdy zobaczył ten "Sajgon", stwierdził, że zabiera mnie do domu. Niestety, lekarza, który mógłby nas wypisać już nie było i musiałyśmy czekać do poranka.
W Szwajcarii po bezproblemowym porodzie można wyjść już na drugi dzień. Lekarze jednak "przetrzymują" delikwentkę po to, by sobie biedaczka odpoczęła. 3 dni to standard. Inaczej się ma do "cesarek". Tu trzeba odbębnić 5 dni.
Kasa chorych płaci jednak 10 dni pobytu w szpitalu. I można także na te 10 zostać, jeśli na przykład nie masz nikogo do pomocy w domu. Kasa opłaca także wizyty położnej. W zależności od tego, jak długo przebywasz w szpitalu. Ja byłam 5 dni w szpitalu i należało mi się 5 wizyt domowych.
Położną można wybrać przez internet. Wpisujesz w google swoje miejsce zamieszkania i dopisek Hebamme (położna po niemiecku). Wyskakują ci wszystkie w twoim mieście i okolicy. A także to, w jakich językach mówią. Sprawa językowa jest więc też do przejścia. Taka Hebamka dzwoni do ciebie i umawia się na spotkanie, kiedy ci pasuje. Prosi jednak, by było to przed karmieniem, bądź przed spaniem maluszka. Musi go bowiem zmierzyć i zważyć, sprawdza, czy dobrze dostawiasz do piersi, jak tam twoje blizny poporodowe i odpowiada na wszystkie pytania, jakie cię nurtują.
Moja była dla mnie zbawieniem, gdyż ze względu na blizny pooperacyjne nie mogłam dać dziecku wszystkiego. Nie mogłam na przykład w nocy wstać i wyciągnąć małą z łóżeczka do karmienia. Zalogowałam się więc w pokoju gościnnym na wielkim materacu i karmiłam na życzenie. Dla męża było to również dobrym rozwiązaniem, gdyż nie budził go płacz dziecka. Przychodząc z pracy, nie mógł jednak odpocząć. Dostawał bowiem maleństwo, a ja szłam spać. To chyba były 3 najtrudniejsze miesiące dotychczasowego macierzyństwa. Pierwsze miłości i randki jeszcze przede mną, ale już się cieszę....
Nie mam porównania co do ciąży i porodu w różnych szpitalach w Szwajcarii, a o tych w Polsce słyszałam tylko z opowieści koleżanek.
Polecam jednak ten w St.Gallen, gdyż opieka nad mamą i dzieckiem jest tu wyborowa. I nie ma znaczenia, czy jest to twoje pierwsze, drugie, czy piąte dziecko. Każdego traktują indywidualnie i dwoją się, i troją, by zapewnić doskonałą opiekę.


Joasię możecie znaleźć tutaj : 
----------------------------------------------------------------------------------------------
JUSTA:
Joasiu dziękuje ślicznie za podzielenie się swoją historią, jestem niezmiernie zobowiązana i szczęśliwa, że mogę zaspokoić swoją ciekawość jak to się wszystko odbywa w innych krajach. 
Bardzo się cieszę, że pomimo początkowych problemów jesteście całe i zdrowe. 
Córcia śliczna!!!  i może ciesz się z cesarki :) 
Ja urodziłam dwójkę siłami natury i niestety bez wspomagania znieczuleniem i nie mogę powiedzieć, że było to niesamowite przeżycie, bo ból był straszny ale w momencie kiedy kładą ci Twoje maleństwo na piersi zapominasz o Bożym Świecie :)  plusy i minusy.. 
Pozdrawiam serdecznie, Justa x
----------------------------------------------------------------------------------------------


Już za 2 tygodnie (29.04.2016) zapraszam na kolejny wywiad z
Martą zamieszkującą Hoorn w Holandii 

'Adventures stick' - trofeum ze spaceru

Parenting - czyli rodzicem być. 
Jak się nie dać nudzie ? Oj nie łatwe to zadanie. 
Dzieci szybko się nudzą i wciąż wymyślać trzeba coś nowego, atrakcyjnego, w miarę bezpiecznego, dostosowanego do wieku naszych pociech i często do aury zza okna. 
Dać tableta czy pada w ręce - łatwizna ale nie o to chodzi.
Nauczyć dziecko aktywnie spędzać czas to jest wyzwanie.

Mieszkając w Krainie Deszczowców ładna pogoda nie zaszczyca Nas codziennie ale jak już się trafi szybko coś organizujemy.
Tym razem wyskoczyliśmy z młodzieżą do pobliskiego parku.

Krzak Team

Parę dni temu "TimeHop" przypomniało mi zdjęcie z 3.04.2013 roku.
Będąc w Polsce u mamy, odwiedził mnie sąsiad ze swoją córcią Lenką, to ta mała śliczna panienka wtulona w tatę. 
Zakręciła się łezka, mój przyjaciel beztrosko uśmiechnięty. Nikt się wtedy nie spodziewał co przyniesie los.